Orla Perć


Orla Perć

Ten czas jednak naprawdę leci. Tak szybko, że nie zdążyłam nic napisać o zeszłorocznej „wizycie” w Tatrach. Sierpień 2016. Powoli tworzymy z koleżanką Beatą naszą tradycję. Tym razem zamarzyła się nam Świnica. Kolejka na Kasprowy Wierch i hej do przodu. Ze Świnicy zrobił się Zawrat – spojrzenie przed siebie na legendarną Orlą Perć i wybór: kierunek Hala Gąsienicowa (zasnuta mgłą) lub Dolina Pięciu Stawów Polskich (z przebłyskami słońca). Tak naprawdę nie było się nad czym zastanawiać ?. Idąc Doliną Pięciu Stawów zerknęłyśmy na kierunkowskaz: Kozi Wierch. Właściwie w tym momencie podjęłyśmy decyzję, co „zrobimy” za rok.

Minął rok. Znowu sierpień. Pogoda jak to w górach – w kratkę. Tym razem jestem w górach z Olą. Tłumy ludzi pędzących bez względu na deszcz nad Morskie Oko.

My skręcamy przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Marsz w deszczu i dylemat, czy mimo to próbować zaatakować Orlą Perć. Krótki przystanek w schronisku (rozgrzewająca zupa – nigdy nie jadłam tak kwaśnej, ale dobrej ogórkowej), półlitrowy kubas gorącej herbaty z cytryną i ONA: cudowna, wspaniała szarlotka. Pogoda jako tako się sprecyzowała, podobnie jak nasze decyzje. W końcu Kozi Wierch czekał na mnie od roku. Tuż za schroniskiem spotkałyśmy (na szczęście) Olę, Tomka i Patryka i to właśnie z nimi podjęłyśmy dalszą drogę. Czy było łatwo? Wcześniej sobie myślałam: byłam na Rysach, przeszłam ze Świnicy na Zawrat… to przecież też jedne z najtrudniejszych szlaków w Tatrach… jakoś dam radę… Oczywiście trochę wcześniej poczytałam to i owo o Orlej Perci…

I się zaczęło. Przepaście tuż za plecami, źreby, drabinki, klamry… Pewnie gdyby tego „żelaztwa” było więcej, byłoby łatwiej. Ale nie było. Za to nogi co raz okazywały się zbyt krótkie :). Każdy kolejny Granat, wydawał się tak blisko, a jednocześnie tak daleko. I myśl osła ze Szreka: „nie patrzeć w dół, nie patrzeć w dół!”. I nie patrzyłam :). Zejście do Hali Gąsienicowej przy tym co przeszłyśmy, było już ledwie spacerkiem.

Tam na górze, obiecałam sobie, że więcej nie wrócę na Orlą Perć. Czy na pewno? W końcu za rok też jest sierpień, a pamięć bywa ulotna…


Basia (01-09-2017)

Wakacje za nami.


Wakacje za nami. Pozostały miłe wspomnienia. Muszą wystarczyć do następnego wyjazdu. Kiedy? Jeszcze nie wiem. Mam nadzieję, że niebawem. Ale faktem jest, że naładowałam sobie akumulatory do dalszej pracy. Pewnie to też zasługa słońca, które w tym roku nie żałowało nam ciepła.
Plany na ten rok szkolny? Czas pokaże, ile spotkań uda się nam odbyć do wakacji. Mam nadzieję, że nie będę się nudzić. I jeszcze planuję zamieszczać na blogu utwory, które będą mogły być wykorzystywane przez Nauczycielki do pracy, a może i przez Mamy. Na początek zagadki o jesieni. Do tego tematu na pewno jeszcze powrócę.

Basia (03-09-2016)

Moje pierwsze plenery


Mamy bloga i Basia bardzo mnie zachęca, abym coś na nim pisała i pokazywała swoje prace, które nie koniecznie są związane z twórczością dziecięcą. Ponieważ Basia pisała o swoich osiągnięciach wakacyjnych, ja nie chcąc wypaść z tego nurtu, postanowiłam podzielić się tym, co między innymi stworzyłam podczas lata.

„Moje pierwsze plenery.”
O, to coś nowego dla mnie. Bardzo dobrze. A gdzie te plenery? – zapytałam swoją nauczycielkę rysunku. W Ogrodzie Rzeźb Juana Soriano. – Hmm!? A gdzie to jest?
Sprawdziłam w Google maps i jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to całkiem blisko mojego domu. Jak mogłam nie wiedzieć o istnieniu takiego miejsca. Tylko co to za miejsce?
Juan Soriano to meksykański rzeźbiarz i malarz. Jego prace są prezentowane w największych muzeach świata. A tu niemalże na wyciągnięcie ręki, można oglądać tak wiele jego dzieł. Spakowałam przybory do rysowania i pojechałam. Zabłądziłam. Kiedy pytałam ludzi w okolicy, o ten ogród niektórzy nie mieli pojęcia, o co mi chodzi, a inni coś słyszeli, ale nie umieli wskazać właściwej drogi. Dziwne, takie miejsce i tak słabo znane.
W końcu kiedy byłam już całkiem blisko, jakiś rowerzysta wytłumaczył mi, jak jechać i poradził, żebym wypatrywała drogowskazów. Rzeczywiście trzeba ich bardzo wypatrywać, bo są symboliczne, małe i jak dla mnie, zawieszone w dziwnych miejscach. Wjechałam w las. Droga polna, akurat dla jednego samochodu. Gdy jechałam pierwszy raz, słońce pięknie przeświecało przez gałęzie, a unoszący się kurz tworzył niesamowity migoczący filtr i cudowną poświatę. Czułam, że jadę w wyjątkowe miejsce. I nie myliłam się. Nagle zza drzew wyłoniło się eleganckie i bardzo okazałe ogrodzenie. Dziwnie kontrastowało z dzikim lasem. Jechałam chwilę wzdłuż tego, jak to mówi młodzież wypasionego ogrodzenia, aż dojechałam do otwartej na oścież bramy, za którą ciągnęła się bardzo szeroka, długa, wysadzana pięknymi drzewami, mroczna aleja. Nieco speszona wjechałam do środka. Zanim dotarłam do parkingu minęłam wspaniałego, wielkiego, jakby gotującego się do szarżowania byka z brązu i rzeźbę torreadora. Na miejscu czekała już jedna z moich koleżanek i pani, która opiekuje się ogrodem. Rozejrzałam się. Było naprawdę pięknie. Cały teren ma powierzchnię ok. 7,5 ha. Stoi na nim dom właściciela posiadłości Pana Marka Kellera (długoletniego przyjaciela i jednocześnie menedżera Juliana Soriano) oraz stodoła przerobiona na salę wystawienniczą. Wypatrzyłam dwa stawy – być może jest ich więcej, ale nie obeszłam całego ogrodu. Wspaniałe drzewa, z których niektóre to pomniki przyrody, rozległy trawnik w centrum ogrodu i alejki wysypane żwirem, tworzą niespotykany klimat i tło dla rzeźb Juana Soriano. I właśnie jedną z nich miałam za zadanie narysować lub namalować.
Wybór był trudny. Tego dnia odczuwałam silną potrzebę odizolowania się od ludzi. Chciałam w ciszy nacieszyć się tym, co widzę, a nie rozpraszać się rozmowami z innymi. Mój wybór padł na rzeźbę usytuowaną nieco na uboczu: „Ptak na fali”.

monika_blog_ptak_zdjecie_ok

Gdy usadowiłam się i rozłożyłam przybory, zaczęłam uważniej rozglądać się po ogrodzie. Zorientowałam się, że zgromadzone tam rzeźby to głównie ptaki i w sumie słusznie pomyślałam, przecież bardzo pasują do ogrodu. Później przeczytałam, że Juan Soriano rzeźbił głównie ptaki. Być może była to forma jakiejś terapii, wewnętrznego przymusu i następstwo zdarzenia z dzieciństwa, kiedy to niechcący zabił przypadkowego ptaka podczas prób z pistoletem, jaki dostał od taty.
Postanowiłam, że spróbuję namalować trzy różne ptaki – każdy inną techniką. Oto pierwszy z nich: „Ptak na fali” (technika łączona: ołówek i pastele suche).

ptak_1_rysunek_400

Obecnie maluję kolejnego ptaka: „Ptak XIII”. Staram się zmierzyć z techniką malowania tuszem. Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła go pokazać.
Dzień coraz krótszy, a my jeździmy na plenery popołudniami, więc czas na pracę bardzo nam się skraca. Mam nadzieję, że przed zimą powstanie jeszcze trzecia praca, bo chciałabym stworzyć tryptyk o ptakach, albo jak to powiedziała jedna ze współplenerowiczek – TRYPTAK 

Monika (10-09-2015)

Wakacje


Wakacje – niby dwa miesiące, a nie wiadomo, kiedy zleciały. Tak jak i te wszystkie lata… Ile to już wakacji w swoim życiu przeżyłam! Wstyd się przyznać. Ale te chyba szczególnie zapamiętam, a właściwie 15 sierpnia – dzień, w którym zrealizowałam swoje marzenie. Zawsze lubiłam chodzić po górach i zdobywać kolejne szczyty, ale dopiero teraz weszłam na Rysy.

Akcja była wyjątkowo szybka – jeden poniedziałkowy sms od koleżanki, a już w piątek byłam na rozgrzewkę na Gęsiej Szyjce. W sobotę pobudka 3:30. Godzinę później z Łysej Polany, jeszcze w ciemnościach ruszyliśmy do Morskiego Oka. Chwila wytchnienia i przed ósmą ruszyliśmy w piątkę na szlak. Schronisko z każdą chwilą stawało się coraz mniejsze, tak jak i ludzie, którzy dopiero ruszali w drogę. Trzy i pół godziny wspinaczki, łańcuchów, zniechęcenia, buntu całego ciała i stanęliśmy na najwyższym szczycie Polski. 10:20 – chwila, w której zapomniałam o wszystkich ledwie przebytych trudach. Szkoda tylko, że nie ma tam żadnej tabliczki – jedynie słupek, ot taki dość niepozorny, biały.

rysy_1

rysy_2

A potem pomruki z nieba i odwrót, ale tym razem na słowacką stronę. Szczęście nas nie opuszczało. Ledwie przekroczyliśmy próg schroniska, kiedy rozpętało się prawdziwe piekło – grad, grzmoty i ulewa. I wciąż napływające masy przemoczonych i zmarzniętych ludzi, którzy nie mieli tyle szczęścia, co my.

Natura po raz kolejny pokazała swoją siłę – ścieżki momentalnie zamieniły się w górskie potoki i potem wracając często brnęliśmy po kostki w wodzie. Im niżej schodziliśmy, tym pogoda stawała się ładniejsza. Z resztą i droga była dużo łatwiejsza. A potem pociąg do Starego Smokowca, autobus na Łysą Polanę, krótki marsz po samochód i tak skończyła się nasza przygoda z Rysami.
Dzień wcześniej nasza wspaniała gospodyni śmiała się, że jak wrócimy, nie damy rady zamieszać cukru łyżeczką w herbacie. Daliśmy radę.

Basia (04-09-2015)

tlo_duze_przezroczyste