Siedem d(r)eszczowych dni – rozdział pierwszy

Siedem d(r)eszczowych dni – rozdział pierwszy

Dzień pierwszy: środa

Od rana padało i wcale nie zapowiadano poprawy pogody. Szperaczowi okropnie się nudziło. Na dodatek nie mógł tego dnia spotkać się z przyjaciółmi. Zuza i Kudłacz zakuwali matmę. On też powinien zakuwać, ale jakoś nie czuł specjalnej ochoty. Może to pogoda źle działała na jego mózg. Zazwyczaj wolał leżeć na tapczanie i wspominać wakacje. To była sielanka
– zero nauki, rannego wstawania, a do tego super pogoda. Po prostu raj na ziemi.
Szperacz_leniuchuje_400
Nagle usłyszał głos mamy dolatujący z kuchni:
– Krzysiu, nauczyłeś się na jutrzejszą klasówkę? Jeśli tak, to może przeszedłbyś się do babci. Rozmawiałam z nią przez telefon i coś niepokojąco kasłała. Może się przeziębiła?
– Do babci? Zawsze, kochana mamusiu. Oczywiście, chętnie sprawdzę, czy wszystko u niej w porządku.
– To dobrze. Tylko weź parasolkę, bo pada. Aha, i masz tu ciasto ze śliwkami. Babcia na pewno się ucieszy. Kto by pomyślał, że w tym wieku można być takim łakomczuchem?
– Myślę, że to rodzinne. Ty też, mamo, lubisz słodycze.
– Proszę, przyganiał kocioł garnkowi…
– No wiesz, mamo, tradycja do czegoś zobowiązuje, a poza tym cóż poradzę na to, że jestem obciążony genetycznie.
– Zawsze znajdziesz jakąś odpowiedź. Tylko dlaczego nie jesteś obciążony genetycznie zapałem do nauki?
– Nie można mieć wszystkiego, mamo. To byłoby po prostu nudne. Miałbym być identyczny jak Ewka? – Krzysio aż się wzdrygnął na samą myśl. – Wystarczy, że
moja kochana siostrzyczka jest kujonem. W przyrodzie musi być równowaga.
– Krzysiu! – powiedziała z wyrzutem mama i smutno pokiwała głową. – A chociaż posprzątałeś pokój?
– Zacząłem o tym myśleć. Nawet przyniosłem z łazienki ścierkę do kurzu. Ale w tej sytuacji babcia jest najważniejsza, a właściwie jej zdrowie. Obiecuję jednak, że w najbliższym czasie posprzątam.
– I obiecaj jeszcze, że nie zjesz po drodze ciasta.
– Obiecuję, mamo, słowo harcerza.
– Przecież nie jesteś harcerzem.
– To tym bardziej mogę obiecać – zawołał, wkładając na siebie kurtkę… i już go nie było.

***

W bloku babci jak zwykle ktoś popsuł domofon, a żarówka w windzie nieprzyjaźnie mrugała. Szperacz cicho zakradł się pod (jak zwykle) lekko uchylone drzwi mieszkania. Usłyszał dwa
głosy – babci i jeszcze kogoś. Jednego był pewien, jego babcia nigdy nie była standardową babcią, zawsze różniła się od innych babć – nie tylko ubiorem, ale i zachowaniem. Dlatego też uwielbiał do niej przychodzić. Potrafili gadać ze sobą całymi godzinami. Na dodatek po przejściu na emeryturę postanowiła zostać chemikiem amatorem. Cały pokój zastawiła sprzętem laboratoryjnym i odczynnikami. Uwielbiała przeprowadzać najróżniejsze reakcje i patrzeć, jak coś się
rozpuszcza, paruje albo wytrąca. W pokoju zazwyczaj było słychać bulgotanie, kapanie, mieszanie… Jej eksperymenty nierzadko kończyły się wietrzeniem pokoju, dziurami w fartuchu, a raz nawet ogromną amarantową plamą na dywanie. Mimo to zawsze powtarzała: „Czego się nie robi dla nauki”. Na
razie nauka nie poznała się na babcinej wiedzy, ale jak mówi łacińskie powiedzenie: „Przez ciernie do gwiazd”.
Tym razem z mieszkania dochodziły jedynie głosy. Krzyś delikatnie zwiększył szparę w drzwiach i niezauważony obserwował babcię i sąsiadkę z naprzeciwka.
– Różo, bądź tak miła i zrób dziesięć przysiadów.
– Oczywiście, dla ciebie wszystko. Może chcesz, żebym stanęła na głowie?
– Jeśli masz na to ochotę, to proszę bardzo, nie krępuj się, moja droga. Chociaż gdy ostatnio do mnie przyszłaś, narzekałaś na kręgosłup. To może jednak zamiast stania na głowie zrób kilka pajacyków.
– Z wielką przyjemnością.
– Myślę, że wystarczy… Teraz zrób sobie dwa kucyki, na pewno będziesz pięknie wyglądać.
– I jak? Podobają ci się?
– Oczywiście, Różo, wyglądasz cudownie.
– I po tych słowach babcia zaklaskała.
– Ojej, co się dzieje? Gdzie ja jestem? Zosiu, co ja mam na głowie? Nie przypominam sobie, żebym robiła kucyki. A skąd ta zadyszka, zupełnie jakbym przed chwilą ćwiczyła, a przecież siedzę w fotelu.
– E tam, trochę się zdrzemnęłaś i tak dla żartu zrobiłam ci kucyki. Spójrz w lustro, od razu wyglądasz o wiele młodziej.
Roza_z_kucykami_300
– Może masz rację. Czas zmienić fryzurę. Ojej, jak się zrobiło późno. Chyba naprawdę nieźle sobie pospałam. Nawet nie wiem, kiedy zleciała godzina. Idę do siebie. Dobranoc, Zosiu.
– Dobranoc, Różo. A w tych kucykach wyglądasz szałowo!
Krzyś ledwie odskoczył od drzwi, gdy na
korytarz wyszła pani Róża.
– Dobry wieczór, pani Różo. Jak pani pięknie dziś wygląda.
– Krzysiu, bardzo miły z ciebie chłopiec. Taki wnuk to prawdziwy skarb. Zosia na pewno się ucieszy, że do niej przyszedłeś. Dobranoc.
– Dobranoc pani.
– Czyżbym słyszała swojego ukochanego
wnuka? Jak się cieszę. Wejdź, proszę. Napijesz się ze mną herbaty. Właśnie zaparzyłam.
– Babciu, a co tak pięknie pachnie?
– A wiesz, stworzyłam nowy zapach perfum. Mają naprawdę niezwykłe działanie, zwłaszcza przez pierwsze dziesięć minut
od użycia.
– Jak to działanie?
– Nie, nie. Przejęzyczyłam się. Po prostu pięknie pachną, i to wszystko. Naprawdę to wszystko. Nie zawracaj tym sobie głowy
– powiedziała babcia i odstawiła flakonik na górną półkę. – Napijemy się herbaty?
Oj, czuję, że nie przyszedłeś do mnie z pustymi rękoma. Czyżby to był słynny placek ze śliwkami twojej mamy?
– Oczywiście. Sezon na śliwki nadal trwa. – A oprócz tych perfum jeszcze coś robisz, babciu? Jakieś niezwykłe eksperymenty?
– Daj spokój z tymi perfumami. Nie ma o czym mówić. A co tam w szkole? Wszystko porządku?
– W porządku. Kilka uwag, kilka nie najlepszych ocen.
W gruncie rzeczy to czekam na wakacje.
– W październiku? – dopytywała się babcia.
– Jestem cierpliwy. Mam to po tobie, babciu.
– Co prawda, to prawda… Też byłam niezłym gagatkiem w twoim wieku. A teraz… no cóż, zostały mi tylko eksperymenty.
– Tylko? Babciu, to jest najfajniejsza rzecz, jaką można robić. Też bym tak chciał. Słowo daję. Tylko mama mi nie pozwala
zabawiać się w chemika po tym, jak miałem ten mały wypadek w kuchni.
– Mój drogi, taki mały to on nie był. Okno prawie wyleciało z ram.
– No niby tak… ale wielcy uczeni też miewali drobne wypadki, zanim coś wynaleźli. Taki już ich los. Babciu, herbata jak zwykle wyśmienita. Ale wyczuwam jakiś dziwny smak.
– To tylko kilka płatków bratka, odrobina miodu, reszty nie pamiętam. Grunt, że smakuje.
– Jejku, zapomniałbym spytać o zdrowie, babciu. Mama się niepokoi, że się przeziębiłaś. Podobno kasłałaś, gdy do ciebie dzwoniła.
– Nie ma powodu do niepokoju. To sprawka gryzącego dymu, który powstał w czasie reakcji. Mówię ci, niektóre eksperymenty są do niczego!
– Pewnie, że tak! Ale się zasiedziałem! Chyba muszę lecieć. Dochodzi siódma, a jeszcze muszę powtórzyć matmę. Jak można robić w czwartki klasówki. Przecież normalny człowiek już wtedy myśli o weekendzie, a nie o nauce, prawda?
– Troszkę masz rację, ale uczyć się trzeba. Koniec i kropka.
A teraz już leć do domu. Pa, pa.
– Pa, babciu! Miłych snów.
Krzysio pognał do domu i natychmiast zamknął się w swoim pokoju. Koniecznie musiał zadzwonić do Zuzy i Maćka. Jak zwykle miał dylemat, z kim najpierw porozmawiać. Ostatecznie postanowił zwabić ich do siebie. Tyle razem przeszli, że nie wyobrażał sobie, że mógłby zataić przed nimi tajemnicę babci. Powrócił myślami do dnia, kiedy się poznali na placu zabaw. Początki znajomości nie były łatwe, co ostatecznie zahartowało ich przyjaźń. Nie ma sensu rozpisywać się zbytnio, więc wspomnę tylko, że dokładnie w tym samym czasie cała trójka zapragnęła pobujać się na jedynej huśtawce. Skutkiem tego wywiązała się prawdziwa bitwa.
Poczatek_znajomosci_400Gdyby do akcji nie wkroczył dozorca (z groźną miną i ogromną szczotką do zamiatania), nie wiadomo, czy nie skończyłoby się na czymś gorszym niż siniaki i zadrapania. Aha, i jeszcze rozdartej kurtce.
Dozorca_300Ostatecznie pierwsze starcie uwieńczone zostało niespodziewanym rozejmem. Od tego czasu spotykali się prawie codziennie ku utrapieniu innych lokatorów bloku. Niezmiennie w tym samym miejscu
– pod trzepakiem (chyba że pogoda na to nie pozwalała).
I jak to w życiu bywa, trafili do tej samej klasy.

Kilka słów o całej trójce

Zuza – klasowa piękność, jak mówiła o sobie – niepoprawna romantyczka o walecznym sercu, za którą wzdychała połowa klasy (znaczy chłopcy). Zuza zupełnie ignorowała wrażenie, jakie robiła na płci przeciwnej. Najchętniej spędzała czas z Kudłaczem (Maćkiem) i Szperaczem (Krzysiem). Zawsze mówili o sobie, że znają się jak łyse konie; czemu łyse
– nie wiedzieli, ale podobało im się to określenie.
Maciek – najlepszy matematyk w całej klasie piątej. Ba, przewyższał wiedzą (niestety nie wzrostem) większość szóstoklasistów. Na szczęście udawało mu się nadrabiać brakujące centymetry okazałą szopą na głowie. Zwłaszcza w mocno wilgotne dni fryzura znacznie przybierała nie tyle na wadze, co na ogólnej objętości, poprawiając tym samym samopoczucie Maćka. A wracając do matmy – potrafił
każdego zagonić w piętkę podczas zwykłej tabliczki mnożenia. Podejrzewał nawet, że liczy w pamięci szybciej niż pan Waldek – znaczy nauczyciel. A co powiedzieliby o Krzyśku jego przyjaciele? Taki sobie zwykły okularnik z piegami, a może piegus w okularach. Trudno określić, co go bardziej wyróżniało. W przeciwieństwie do Maćka raczej był na bakier z matmą (zresztą z polakiem też). Niespecjalnie lubił zajmować sobie głowę wzorami (ortografią również). Za to jak nikt uwielbiał płatać figle, dowcipkować i robić kawały. A oprócz tego zawsze udawało mu się coś wyszperać w różnych bardzo dziwnych miejscach. A może to miejsca same go wyszperywały – nie wiadomo. Grunt,
że właśnie od tego szperania zyskał przydomek Szperacz. Skutkiem tego była również bardzo dobra znajomość pani wychowawczyni z mamą Krzyśka. Średnio dwa razy w tygodniu ze skruszoną miną, chcąc nie chcąc, wydeptywała drogę z pracy do pokoju nauczycielskiego, a bywało – w poważniejszych przypadkach – gabinetu dyrektora. Z pozoru niewinnie wyglądający chłopiec potrafił nieźle zamieszać.

***

– Krzychu, co ty znowu wymyśliłeś? Nie zdążyłam jeszcze wszystkiego powtórzyć do klasówki – powiedziała Zuza, zamykając za sobą drzwi. – A Maciek już jest, czy do niego nie dzwoniłeś?
– Tak, jestem. Za drzwiami. Mało mi nie rozbiłaś nosa.
– Przepraszam. Chciałam mocniej. Następnym razem bardziej się postaram.
– Proszę, jaka żartownisia! Widzę, że humorek dopisuje, słoniu w składzie porcelany.
– Jak zwykle.
– Hej, przestańcie i właźcie do mojego pokoju.
– Dobrze, już idziemy – odpowiedzieli niemal jednocześnie.
– Znacie moją babcię, prawda?
– Pewnie! Kto by jej nie znał na osiedlu. Najfajniejsza babcia, jaką spotkałem.
– I najbardziej zwariowana – dodała Zuza.
– No więc, co by nie przedłużać, babcia zrobiła perfumy.
– Też mi sensacja. I po to nas tu ściągnąłeś?
– To nie są zwykłe perfumy. Widziałem ich działanie.
– Perfumy mogą co najwyżej ładnie pachnieć. Wąchałam ostatnio takie jedne w sklepie. Ale były cudne!
– Pachną ładnie, ale to nie o to chodzi.
– No to powiedz wreszcie o co. Ledwie namówiłem mamę, żeby mnie do ciebie puściła.
– Otóż – i tu Szperacz zrobił znaczącą pauzę – to naprawdę nie są zwykłe perfumy.
– Człowieku, do rzeczy, bo się powtarzasz – mówiąc to, Zuza zapadła się z przyjemnością w fotel.
– Babcia użyła swoich perfum na sąsiadce. Nie wiem, czy ją polała nimi, czy dała do powąchania. Grunt, że pani Róża robiła wszystko, co babcia jej kazała. A na dodatek, gdy wyszła z tego transu, zupełnie nie pamiętała, co się z nią działo. Mówię wam, to było niesamowite. Sąsiadka była gotowa stanąć na głowie, a przecież jest niewiele młodsza od babci i ciągle narzeka na bóle kręgosłupa.
Próbowałem coś wyciągnąć z babci, ale wcale nie miała ochoty zdradzić mi, co to za niezwykłe perfumy. Tak sobie myślę, że chyba muszę ich ciut odlać i na kimś przetestować.
Wiem, gdzie stoją, bo widziałem, jak je odkładała.
– O kurczę, jeśli to prawda, to mogłoby być wesoło. Można by w ramach eksperymentu na kimś je wypróbować, na przykład na Hance – powiedziała rozmarzonym głosem Zuza – Już by mnie
popamiętała.
– Dajcie spokój, to nie są do końca sprawdzone informacje – stwierdził rzeczowo Maciek.
– I dlatego warto je przetestować. Oczywiście dla dobra nauki – przyznała gorliwie Zuza. – To co? Kiedy zaczynamy?
– Najpierw muszę zdobyć próbkę perfum. Na którą godzinę idziemy jutro do szkoły?
– Pani od historii jest nadal chora, więc przychodzimy dopiero na trzecią lekcję.
– Zuza, ty zawsze potrafisz powiedzieć człowiekowi to, co pragnie usłyszeć! W takim razie jutro z samego rana wpadnę do babci. Wezmę ze sobą mały słoiczek. Mam nadzieję, że uda mi się odrobinę odlać. Potem się zobaczy, co dalej.
– Super. Ale ja już muszę lecieć. Mama kazała mi wrócić za dziesięć minut. To lecę. Do jutra. Jak zwykle spotykamy się po drodze. Do widzenia pani, a właściwie dobranoc – powiedział Maciek, wychodząc na korytarz.
– Poczekaj na mnie! Chyba się nie gniewasz za te drzwi. Naprawdę cię nie widziałam. Poczekaj! Raz-dwa się ubiorę i też idę. Dobranoc!
– Dobranoc – odpowiedziała mama Krzyśka. – Uważajcie na siebie!
– Oczywiście – będziemy uważać, proszę pani – odpowiedział grzecznie Kudłacz i zamknął drzwi za Zuzą. – I co sądzisz o tym wszystkim?
– Coś w tym musi być! Przecież sobie tego nie zmyślił. Zobaczymy jutro. Podprowadzisz mnie do drzwi?
– Pewnie. Nie chcę, żeby ktoś porwał moją najlepszą koleżankę.
– Też wymyśliłeś, ale dzięki. Nie lubię wieczorem chodzić sama po osiedlu. Dobrze, że mieszkamy w tym samym bloku. Szkoda tylko, że w innych klatkach. Brrr. Jak zimno. Chodź, pobiegniemy!
– Będę pierwszy! Zobaczysz!
– A wcale że nie! Widzisz, ja jestem pierwsza.
– Dałem ci fory!
– Nieprawda. Byłam szybsza.
– Bo mnie boli noga.
– Ha, ha. Po prostu musisz popracować nad kondycją.
– No niech ci będzie. To do jutra.
– Do jutra.

Koniec rozdziału pierwszego